niedziela, 16 listopada 2014

"POCHŁANIACZ" KATARZYNA BONDA

Zygmunt Miłoszewski radzi nam, iż mamy zapamiętać nazwisko Katarzyny Bondy, gdyż została właśnie królową polskiego kryminału. Z całą sympatią do Miłoszewskiego, która zrodziła się bardziej z jego wystąpień w "Drugim śniadaniu mistrzów" niż  z zachwytu nad książkami które napisał (bo czytałam dotąd tylko jedną), stoję w opozycji do jego słów widniejących na okładce. 

Nie uważam, że książka jest zła. Nic z tych rzeczy. Jest po prostu DOBRA. I tyle. Katarzyna Bonda nie popełniła arcydzieła, nie napisała też książki, którą nazwałabym gniotem. 


Trzeba oddać autorce, że książkę czyta się płynnie i szybko - mimo jej objętości. Bonda zachwyciła mnie dbałością o szczegóły, ukazując w sposób bardzo drobiazgowy i plastyczny pracę policjantów, metody ich działań, sposoby na odnajdywanie śladów na miejscu zbrodni. Widać, że pisarka włożyła dużo pracy i wysiłku, by książka była wiernym zapisem policyjnych działań. 

Całkiem celnie udało się Bondzie wpleść w treść książki prawdziwe wydarzenia i postacie: zbrodnie które wstrząsnęły opinią publiczną, ksywki gangsterów, miejsca. 

Początek powieści - historia dziejąca się na początku lat '90 - jest naprawdę świetna. To czasy, kiedy mafia sięgała swoimi mackami bardzo daleko, oplatała nimi całe miasta. Bonda zbudowała idealną podstawę do dalszej części książki, bowiem morderstwo rozwiązywane przez profilerkę Saszę Załuską jest bezpośrednio związane z wydarzeniami z 1993 roku. Jednego dnia ginie młode rodzeństwo - Monika i Przemek. Na pierwszy rzut oka nic nie łączy tych śmierci, to dwa nieszczęśliwe wypadki. Kiedy jednak Załuska zaczyna sięgać głębiej, zauważa związek tamtych wydarzeń z morderstwem piosenkarza o pseudonimie Igła, autora hitu "Dziewczyna z północy". 

Sasza Załuska ... Cóż, nie będę ściemniała, że główna bohaterka zapadła mi głęboko w pamięć i jestem zachwycona tym, jak wykreowała ją Bonda. Nie jestem. Szczerze mówiąc profilerka wtopiła się w historię i traktowałam ją jako jedną z wielu postaci, które przewijają się na kartach powieści. Nic mnie w tej kobiecie nie urzekło, nic nie zafascynowało. Trudna przeszłość naszpikowana traumatycznymi wydarzeniami, alkoholizm i nietypowy zawód to jeszcze nie powód, bym wpisywała ją na listę "top" swoich ulubionych bohaterek książkowych. Moją uwagę absorbowali bardziej Duch - komisarz prowadzący sprawę, ksiądz celebryta, ulubieniec skazanych i całej Polski oraz Łucja Lange. 

Bonda rozegrała świetnie kilka wątków pobocznych, pokazujących jak głęboko sięgają mafijne macki, kto jest zamieszany w gangsterskie rozgrywki. Prokuratorzy, sędziowie, policjanci... W każdym z wymienionych zawodów znajdą się czarne owce. 
Co prawda pewne rozwiązania fabularne zupełnie nie przypadły mi do gustu, były moim zdaniem zbyt efekciarskie i nieprawdopodobne, jednak książkę - jako całość - czytało się dobrze. 

Oczywiście nie nazwałabym Katarzyny Bondy Królową Polskiego Kryminału. Wydaje mi się, że jeszcze długa droga czeka pisarkę, by móc nadać jej tak zaszczytny tytuł. Niemniej, chętnie sięgnę po kolejne części tetralogii (Bonda planuje wydać jeszcze trzy powieści z Saszą Załuską).

K.K. 


środa, 29 października 2014

TRUDNE POWROTY..

Właściwie nie wiedziałam, jak mam nazwać ten wpis. Przyznaję, że zupełnie zaniedbałam moje blogowanie, co za tym idzie - również kontakty w blogsferze oraz współpracę z wydawnictwami. 

Bez sensu byłoby teraz tłumaczenie czy wymienianie co było powodem takiego stanu rzeczy. Cóż, jednym słowem LATO. 

Czytałam, wiadomo. Trudno mi było natomiast zabrać się za opisanie moich wrażeń z konkretnych lektur. Jakkolwiek to zabrzmi - blogowanie nie jest takie proste - aby napisać post, trzeba się nieco wysilić, co wszyscy doskonale wiecie. 

W najbliższym czasie chciałabym się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami dotyczącymi książek przeczytanych latem. Poza tym mam w planach tekst o serialu, który jest moim zdaniem absolutnym ARCYDZIEŁEM, który zawładnął moim umysłem na kilka tygodni i który po prostu muszę tutaj pochwalić. 

Tymczasem wklejam tylko książki, które przeczytałam ostatnio (nie wszystkie, ponieważ niestety nie prowadziłam notatek itp.)


Najsłabsza Chamberlain jaką czytałam.
Być może dlatego, że była to kolejna obyczajówka 
autorek Chamberlain/Picoult 
w ostatnim czasie. 
Zmęczyły mnie. Przesilenie materiału. 


Świetny debiut. Mocny, niepokojący, niebanalny.
Miłoszewski ma talent!


Początkowo trudny do przyswojenia język przyniósł 
wspaniałą treść i niebagatelną fabułę. 
Cynik, łajdak i morfinista Konstanty Willemann na pierwszym planie,
Warszawa pochłonięta przez wojnę jako tło wydarzeń. 



Jedno słowo: ARCYDZIEŁO!

Do następnego wpisu (mam nadzieję, że bardziej konkretnego). 


K.K. 

środa, 23 lipca 2014

"JESIEŃ CUDÓW" JODI PICOULT

Jodi Picoult, czyli kolejna opowieść o zwykłych ludziach w zwykłych i niezwykłych sytuacjach. 

Faith White to normalna, zdrowa siedmiolatka. Ma kochających rodziców, ładny dom, nieco zakręconą, ale oddaną babcię. Ot, zwykłe dziecko.

Pewnego popołudnia dziewczynka przeżywa jednak traumatyczne - zdawałoby się - wydarzenie ; niespodziewanie nakrywa ukochanego tatę z obcą kobietą. Rodzina Faith w mgnieniu oka rozpada się na kawałki. 
Siedmiolatka przechodzi przez trudne dla niej doświadczenia zaskakująco dobrze. W jej zachowaniu zachodzi tylko jedna zmiana: Faith zaczyna rozmawiać z Bogiem. Początkowo jej mama, Mariah, traktuje te rozmowy jako ucieczkę w wyobraźnie i szukanie wsparcia w wyimaginowanym przyjacielu. Kiedy jednak Faith zaczyna dokonywać cudownych uzdrowień, a na jej dłoniach pojawiają się stygmaty, sytuacja nieco się komplikuje. 
Faith z dnia na dzień staje się obiektem kultu dla setek osób, natomiast jej ojciec - Colin, zaczyna martwić się o córkę i postanawia odebrać ją matce. Sprawa oczywiście znajduje finał w sądzie. Dodatkowo coraz częściej w pobliżu Faith zaczynają krążyć przedstawiciele kościoła katolickiego, uznając małą za heretyczkę. Po pierwsze dlatego, że Faith z pochodzenia jest Żydówką, po drugie, że Bóg obawiający się Faith jest kobietą. 

Picoult porusza w swojej powieści wiele ciekawych kwestii. Wiara, fanatyzm religijny, choroba psychiczna, walka o dziecko. Wszystko to zostało całkiem przyjemnie podane i ułożone w zgrabną całość. Niemniej jednak, książka mnie nie zachwyciła. To po prostu dobra powieść obyczajowa z religią w tle. Oczywiście, jak to u Picoult bywa, książka nie obraża inteligencji czytelnika, pochłania się ją szybko, w dwa popołudnia. 

Bohaterowie kreowani przez Picoult to postacie, które są tak zwyczajne, że trudno się z nimi nie utożsamiać. Z drugiej strony zwykli ludzie nie zapadają tak łatwo w pamięć. W przerwach czytania książki miałam w głowie tylko jedno nazwisko : Faith White. Po primo : tylko ona była w tej powieści niezwykła. Po secundo: to się rymuje :)

Polecam fanom Jodi Picoult i Diane Chamberlain oraz osobom, które lubią wciągające obyczajówki. 

K.K.

wtorek, 15 lipca 2014

"DAR Z BRETANII" MARJORIE PRICE

"Wioska już nie istnieje. Z oddali wydaje się taka sama jak dawniej, dopóki nie zauważy się lśniących, prefabrykowanych budynków rozsianych wśród starych gospodarstw. Chłopów też już nie ma. Nikt już nie zobaczy, jak ciągną na pola, we mgle, na długo przed nastaniem świtu. Znikły staruszki w czerni, zgarbione nad kapustą w warzywniakach, przepadli wieśniacy gawędzący tutejszą gwarą przy płocie, nierozerwalnie związani z wiekowymi gospodarstwami. Kobiety w przypiętych szpilkami sztywnych koronkowych czepcach i w łopoczących na wietrze czarnych spódnicach, zmierzające przez łąkę na niedzielną mszę w pobliskiej wiosce, pozostały tylko na pocztówkach dla turystów. [...] Zwyczaje, które przetrwały próbę wieków, odeszły do lamusa"*

Tym opisem zaczyna się książka.Chyba nie mogło być lepiej. Po przepięknej, nasyconej wspaniałymi barwami okładce, która przywołuje na myśl same dobre emocje, pojawiają się słowa, trafiające w sedno mojej tęsknoty za beztroską, dzieciństwem i obrazami pojawiającymi się w głowie dość często, coraz bardziej zamazanymi przez lata i zatartymi przez dorosłość. 

Dorastająca w Chicago Amerykanka Midge skrycie marzy o życiu w Paryżu. Dusza artystki nie pozwala jej usiedzieć w miejscu a wielka miłość do sztuki i chęć przygody popychają ją wprost na pokład statku do Francji. Do tej podróży dziewczyna przygotowywała się latami, a z każdym przeczytanym o Paryżu zdaniem, z każdym nowo poznanym francuskim słowem jej fascynacja wzrastała, przeradzając się wręcz w obsesje.  
Midge wydaje na bilet wszystkie swoje oszczędności, zostawia w USA całą rodzinę oraz narzeczonego. Oczywiście wyżej wymienieni nie pochwalają jej pomysłu. A tak! Zapomniałam o dość istotnej kwestii : opisane przeze mnie wydarzenia mają miejsce w latach 60. XX wieku.

Paryż. Miasto sztuki i miłości. Midge odnajduje w swoim wymarzonym miejscu i jedno, i drugie. W stolicy Francji dziewczyna wreszcie czuje się wolna, każdą cząstką ciała chłonie nasycony wielką twórczością klimat miasta, który sprzyja również jej  natchnieniu, dostarczając wielu inspiracji. Midge zatraca się w malowaniu, rozwija swoją pasję również przez uczestnictwo w wystawach i wernisażach. Na jednym z nich poznaje Yves'a. Mężczyzna okazuje się spełnieniem jej marzeń: nieziemsko przystojny, świetnie zbudowany. Co najważniejsze : jest malarzem. Francuskim malarzem! Chociaż podczas pierwszej randki Midge stara się być dobrze wychowaną panienką, wkrótce ulega urokowi Yves'a, by jakiś czas później zostać jego żoną. 

Małżeństwo Midge jest idealne : spędzanie czasu z Yves;em daje kobiecie dużo satysfakcji, poza tym zostaje matką. Gdy jej córeczka ma pięć lat, wraz z mężem postanawiają kupić domek w Bretanii, który ma być twierdzą dla jej rodziny, miejscem gdzie będą mogli malować, odpocząć od miejskiego zgiełku i szukać natchnienia. Jednak jak wiadomo życie depcze wyobraźnie. Yves decyzje o kupnie nieruchomości podejmuje sam, a nabyta "posiadłość" różni się znacznie od wyobrażeń Midge. Małżonkowie zostają właścicielami składającej się z kilku domków osady w środku lasu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a toaleta w mieszkaniu jest niespotykanym luksusem. Midge próbuje nauczyć się, jak żyć na wsi. To dla niej zupełna nowość. Wychowana w Chicago, mieszkające w Paryżu. Totalny mieszczuch. 

W tym momencie książki zaczyna się opowieść, która nasączona jest emocjami jak dobra kasza skwarkami. 

W odnalezieniu się w wiejskiej rzeczywistości pomaga Midge sąsiadka, Jeanne. Staruszka to ucieleśnienie prostoty. Nigdy w życiu nie opuszczała wioski, życie poświęciła ciężkiej pracy, ma dużo życiowej mądrości i doświadczenia, którym chętnie dzieli się z Midge. Sama również czerpie z znajomości z Amerykanką. Kobiety uczą się od siebie, wspierają w trudnych chwilach i są dla siebie pocieszeniem. Midge szczególnie potrzebuje Jeanne, kiedy okazuje się, że na jej małżeńskim portrecie pojawiają się rysy.  

Szczególną sympatię wzbudziła we mnie Jeanne. Kobieta ma w sobie spokój. Nie goni za niczym. Jest silna i mądra. Nie potrafi przekonać się do wynalazków, które burzą odwieczną harmonię wsi (np. telewizor), lęka się świata poza La Salle, z drugiej strony nieznane ją fascynuje. Jeanne docenia małe rzeczy, z wielką radością i pokorą nadal uczy się świata. Między Nią i Midge rodzi się magiczna więź, która okazuje się mocniejsza, niż mogłoby się wydawać. 

Marjorie Price prowadzi historię w sposób niespieszny, jakby chciała w każdym zdaniu uchwycić wszystko, co pozostało w jej wspomnieniach. Czyni to w przepiękny sposób, z każdym przeczytanym zdaniem utwierdzałam się w przekonaniu, że "Dar z Bretanii" to nie tylko piękna powieść. W tej książce jest coś wyjątkowego,  W końcu jest hołdem, darem dla Jeanne, najwspanialszej przyjaciółki. Price nie wtrąca niespodziewanych zwrotów akcji, komercyjnych zabiegów, dzięki którym powieść wyda się bardziej atrakcyjna i spodoba szerszemu gronu odbiorców. Nie o to tu chodzi. 

"Dar z Bretanii" to  historia wspaniałej, bezkompromisowej przyjaźni, przepiękny portret oddania i przywiązania. A także lekcja pokory. 
Jeanne pokazuje, że należy cieszyć się z dobrych chwil, z tych trudnych natomiast wyciągać wnioski. 

Polecam.

K.K. 

                     Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Black Publishing

* prolog

sobota, 28 czerwca 2014

"WAYWARD PINES. SZUM" BLAKE CROUCH

Coraz częściej zdarza mi się myśleć, że literatura jest eklektyczna. To kompilacja gatunków, tematów, łącząca w sobie treści z rożnych stylów i epok, zawierająca elementy wielokrotnie powielane i rozmiksowane przez istniejącą mnogość autorów. Prościej ; literatura to odgrzewany kotlet, gdzie wszystko już zostało powiedziane. 

Nie chcę oczywiście generalizować, bo cały czas mam przyjemność obcować z książkami, które oczarowują mnie świeżością, nowatorstwem i pasją. Pewnie dlatego nadal mogę podać sporo przykładów zaprzeczających tezie, że wszystko już zostało napisane. 

Niestety książka "Wayward Pines. Szum" nie jest dziełem innowacyjnym i odkrywczym, niemniej jednak lektura powieści dała mi sporo przyjemności i obudziła we mnie emocje, których nie potrafię do końca zdefiniować. 

Na okładcę książki widzimy rekomendację Bartosza Węglarczyka. "Twin Peaks zmienia nazwę na Wayward Pines. Czekałem na kogoś, kto przytuli osamotnionych fanów przedziwnego serialu Lyncha."  I właściwie to powinno wystarczyć mi jako przestroga, by nie sięgać po tę książkę. NIE TRAWIĘ LYNCHA. Jednak zajrzałam pod okładkę. 

Agent federalny Ethan Burke udaje się z misją specjalną do sennego, malowniczego miasteczka Wayward Pines w stanie Idaho. Niestety, w jego samochód uderza ciężarówka. Burke traci przytomność i budzi się w miejskim szpitalu. Wszystko, co dzieje się później, to istna paranoja. Etan Burke będzie miał do wykonania misję życia - czy jej podoła?

Nie do końca potrafię określić, jakie były moje uczucia po lekturze. Nie wiem również co takiego jest w tej książce. Jej czytaniu towarzyszyły osobliwe emocje, które paradoksalnie nigdy wcześniej się nie przytrafiły. Nie potrafię ich trafnie zdefiniować. Być może dlatego "Wayward Pines" różni się nieco od odgrzewanych kotletów, powielających te same schematy?

Mieszanina strachu, zdziwienia i rozgoryczenia, ale także nadzieja na dobre zakończenie i trzymanie kciuków za bohatera. Pojawiło się również obrzydzenie, bo miasteczko pulsowało dziwnym rodzajem paskudztwa i brzydoty, które pomimo zewnętrznego piękna krążyło ulicami Wayward Pines niczym czarna krew w żyłach potwora. 

Przerażająca pustka, brak pomocy, jakaś koszmarna zmowa milczenia, odczuwanie bezsilności i zagubienia bohatera oraz chęci jego walki o przetrwanie. Wachlarz emocji. Małomiasteczkowy klimat, gdzie każdy wie coś, czego nie jest świadomy przybysz z zewnątrz. To okropne i przerażające. Zostajesz wrzucony w świat, który chce Cię pożreć, w którym nie masz wsparcia, a jedyne na co możesz liczyć to Twoja własna intuicja. To gra? Zabawa? Czy jakiś koszmarny sen z którego nie możesz się obudzić?  Ethan Burke został postawiony w takiej właśnie sytuacji. 


Dziwne. Z jednej strony książka nie zachwyciła mnie aż tak, by dyskutować o niej i wspominać miesiącami. Z drugiej zaś nie mogłam się od niej oderwać. Chciałam ją czytać,chciałam poznać jej zakończenie. 

Wayward Pines wciągnęło mnie jak Ethana Burka. Nie uciekłam. A Ty?

wtorek, 17 czerwca 2014

"W SŁUSZNEJ SPRAWIE" DIANE CHAMBERLAIN

Książka jest moim drugim spotkaniem z Diane Chamberlain. Miałam okazję poznać autorkę, czytając świetne "Sekretne życie CeeCee Wilkes" (RECENZJA). "W słusznej sprawie" to najnowsza wydana w Polsce książka Chamberlain, dlatego kiedy dostałam możliwość wyboru prezentu "na zająca", nie zastanawiałam się nawet sekundy. 

W wiejskim, ubogim okręgu Grace w Karolinie Północnej, na znajdującej się tam farmie tytoniowej mieszka rodzina Hart. Dwie nastoletnie siostry - siedemnastoletnia Mary Ella oraz dwa lata młodsza Ivy zajmują wraz z swoją babcią Nonnie oraz dwuletnim synem tej pierwszej - Williamem, zwanego przez nie Dzidziusiem chatę należącą do właściciela plantacji. Ciężko pracują, by móc mieszkać na farmie, mimo tego żyją w okropnej biedzie, graniczącej wręcz z ubóstwem. Fakt ten sprawia, że rodzina Hart korzysta z pomocy opieki społecznej. Pracownicy tej instytucji uważają Mary Ellę za osobę upośledzoną, opóźnioną w rozwoju. Tylko dlatego od razu po urodzeniu Dzidziusia dziewczyna została poddana sterylizacji. Młodsza z sióstr, która zaczyna dojrzewać i siłą rzeczy interesować się płcią przeciwną, zaczyna spotykać się nocami, w tajemnicy przed całym światem, z synem właściciela farmy. Jej zainteresowanie chłopcami rodzi wśród pracowników społecznych podejrzenie, że dziewczyna może zajść w nieplanowaną ciążę. 

Babka Nonnie jest przerażona. Kolejne dziecko w domu byłoby dla niej katastrofą. Tymczasem pracownica socjalna, która dotąd zajmowała się Ivy i jej rodziną oddaje pałeczkę młodszej - dopiero co zatrudnionej w opiece społecznej Jane. Dziewczyna jest młodą żoną, wyszła za mąż za świetnie zapowiadającego się pediatrę. Ma dużo chęci i zapału, jest ambitna i chce pomagać potrzebującym ludziom. Mimo ukończonych studiów brak jej doświadczenia zawodowego, a zderzenie z rzeczywistością, w jakiej żyją jej podopieczni, jest dla niej dużym wyzwaniem. Tym większym, że wykonywanej przez Jane pracy nie aprobuje jej mąż (przecież żona lekarza NIE MUSI pracować, to źle wygląda!). 

Praca Jane z rodziną Hart przeradza się w być może największe wyzwanie w jej życiu. Ivy zaczyna spotykać się potajemnie z synem farmera. Marry Ella nie potrafi odpowiednio zaopiekować się Dzidziusiem, co rodzi możliwość zabrania go matce...
Decyzje Jane mają bezpośredni wpływ na życie i przyszłość całej rodziny. Dziewczyna stara się postępować profesjonalnie, ale brak doświadczenia sprawia, że czasami jej emocje biorą górę. W dodatku ma przełożonych oraz twarde prawo, którego musi przestrzegać. 
Podjęcie niektórych decyzji okaże się trudne i bolesne, Jane będzie musiała wybrać między zdrowym rozsądkiem a uczuciami. Historia rodziny Hart - tak jak życie - jest nieprzewidywalna i zaskakuje z każdą przeczytaną stroną.

Diane Chamberlain w swojej powieści porusza bardzo trudny temat, o którym niewiele dotąd powiedziano. Czym jest eugrenika? Może źródło niezbyt profesjonalne, ale podam za Wikipedią : "neutralno ideowy system poglądów zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych człowieka, którego celem jest tworzenie warunków pozwalających na rozwój dodatnich cech dziedzicznych i ograniczenie cech ujemnych". Pewnie większości w Was (mnie dotąd również) termin ten kojarzył się z czasami III Rzeszy i programami eugenicznymi mającymi na celu stworzenie "czystej" rasy germańskiej. Zakładam też, że większość z Was pomyślała sobie (ja również, przyznaje bez bicia), że po upadku Adolfa Hitlera podobne praktyki przestały mieć miejsce. Nic bardziej mylnego. 

Kraj wolności, indywidualizmu i poszanowania praw człowieka. United States of America. Zdajecie sobie sprawę, że właśnie USA były pierwszym państwem na świecie, który wprowadził przymusową sterylizację w ramach polityki eugenicznej? Prawa te były wymierzone głównie w upośledzonych umysłowo i chorych psychicznie, jednak w niektórych stanach (w tym w Karolinie Północnej, gdzie toczy się akcja powieści) obejmowały także głuchoniemych, niewidomych, epileptyków, i ludzi "zdeformowanych fizycznie". Prowadzona była również sterylizacja rdzennych Amerykanów.  Wiele osób zostało poddanych zabiegowi sterylizacji bez ich zgody, a nawet wiedzy. Często, jak w przypadku bohaterki książki Mary Elli, podczas wizyt szpitalnych zupełnie niezwiązanych z zabiegiem, jak np. poród.

W Karolinie Północnej Program Sterylizacji Eugenicznej obowiązywał od 1929 do 1975 roku. W tym czasie wysterylizowano ponad siedem tysięcy osób. 
Tylko w tym stanie do złożenia wniosku o sterylizacje jednostek zostali upoważnieni pracownicy socjalni. W innych sterylizacji eugenicznej dokonywano tylko u mieszkańców ośrodków opiekuńczych. 

Czy ingerencja państwa może być posunięta aż tak daleko, w dodatku zgodnie z literą prawa? Czytając książkę nasuwają się pytania o moralny aspekt eugeniki, o obiektywną ocenę tego, co jest dobre dla danej jednostki. Czy na takie pytania można właściwie odpowiedzieć?

Książka Chamberlain to wspaniała obyczajówka. Historia wciąga i porusza do głębi. Pełnokrwiste postacie nadają opowieści niemal namacalny i realny wymiar, a świadomość, że proceder opisywany w powieści faktycznie miał miejsce nie pozwala zapomnieć o lekturze przez kilka godzin po przeczytaniu.

Fenomenalna, ważna powieść. 

Polecam! 

K.K. 

A tak poza tym :



czwartek, 12 czerwca 2014

CZERWCOWE NABYTKI :)


Nigdy nie pisałam notki o tym, jakie zakupiłam książki i co nowego mam na półce. Dzisiaj jednak zrobię wyjątek, po części dlatego, że te dwie na zdjęciu u góry ^^ strasznie mnie cieszą, ale też dlatego, że nie mam czasu na pisanie recenzji książki. 

Tak więc - OJCIEC I SYN zagościli na mojej półce. Oczywiście oczekiwania są spore, mam nadzieję, że się nie rozczaruję. Po przeczytaniu wstawię recenzję. Nie nastąpi to jednak niebawem, ponieważ mój mąż musi przeczytać obie książki JAKO PIERWSZY i nie mam nic do gadania :)


Zakupione i otrzymane:

"Szepty lasu" Charles Frazier - prezent od męża. Seria Kaszmirowa wydawnictwa Black Publishing. Oczekiwania ogromne.
"W słusznej sprawie" Diane Chamberlain - to akurat kwietniowy prezent, od zająca. Przeczytana, znakomita. Niebawem recenzja. 
"Tajemnica Noelle" Diane Chamberlain - kolejny prezent od męża. 
"Bóg nosi dres" Piotr Sender - zakupiona przez męża, być może przeczytam.
"Wayward Pines. Szum" Blake Crouch - z księgarni Matras. Przeczytana. Dobra. Recenzja wkrótce.
"Ja. Kibic" James Bannon - oparta na faktach opowieść o dwóch brytyjskich policjantach, których zadaniem jest przeniknąć w szeregi chuliganów Millwall FC. Dam znać po przeczytaniu, czy warto po nią sięgnąć. 
"Maybelline" Sharrie Williams - zakupiona w księgarni Matras za 50 % ceny :)



Książki z mojej ukochanej biblioteki

"Przyjaciółka z młodości" Alice Munro - to będzie moje pierwsze spotkanie z laureatką Literackiego Nobla z 2013 roku. 
"Cud" i "Niehalo" Ignacy Karpowicz - poczytamy, zobaczymy. Zrecenzuje obie.
"Zabawa w miłość" Margaux Fragoso - to może być bardzo ciężka książka. 
"Z miłości do syna" Jean Sasson - opowieść o tym, jak tragiczne w skutkach może być dziedzictwo kulturowe i obyczajowość plemienna. 

Czytaliście jakieś ksiażki z listy? Polecacie coś?

K.K. 

A tymczasem :



Święto czas zacząć!

piątek, 6 czerwca 2014

"DOM SIÓSTR" CHARLOTTE LINK

Dzisiejszy tekst nie aspiruje do wyczerpania tematu, nie będzie również recenzją w słownikowym znaczeniu tego słowa. Ostatnio - może dlatego, że pogoda woła mnie na świeże powietrze - mam mało czasu na pisanie. Dlatego też chcę się podzielić z Wami moją opinią na temat "Domu Sióstr", ale zrobię to tym razem szybko i bez zbędnych opisów. 

Książka jest dobra. Tak można określić dzieło Link jednym słowem. Jest wciągająca, ma ciekawą fabułę, ponadto autorka napisała ją przystępnym językiem. Czytelnik zauważa, że lekkość pióra Link jest w tym przypadku wręcz porażająca. 

Akcja powieści rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. W tytułowym domu sióstr Boże Narodzenie spędzają Barabara i Ralph, dwoje prawników z jedenastoletnim stażem małżeńskim. Aktualnie przeżywają kryzys związku. Dlatego postanawiają samotnie świętować 40-te urodziny Ralpha i zbliżyć się do siebie. Pech chciał, że w domu sióstr zaskoczyła ich śnieżyca. Potworna pogoda odcina im drogę do świata, zostają w wielkim domu sami, bez ogrzewania, jedzenia, prądu. Skazani na siebie. Pewnego dnia Barbara odkrywa książkę, napisaną przez zmarłą właścicielkę domu, Frances Gray. To napisana w trzeciej osobie autobiografia. Kobieta zaczyna czytać wspomnienia i zatraca się w nich bez reszty...

Historia Frances Gray rozgrywa się na drugiej płaszczyźnie czasowej. Rozpoczyna się jeszcze przed pierwszą wojną światową, kiedy Frances jest młodą dziewczyną i ciągnie przez długie lata, pokazując zagmatwane i fascynujące życie bohaterki oraz jej rodziny. 

Rozdziały o Frances, które przeważały w książce, podobały mi się zdecydowanie bardziej, niż te o Ralphie i Barbarze, zamkniętych w wielkiej pułapce. Ponadto muszę przyznać, że autorka zgrabnie przemycała w powieści wiele faktów i wydarzeń historycznych. Bardzo to sobie cenię. Osadzenie powieści na tle prawdziwych wydarzeń i lawirowanie bohaterem, by był ich świadkiem, to naprawdę trudna sprawa. Charlotte Link świetnie się to udało. 

Powieść oceniam na plus. I polecam fanom sag rodzinnych i powieści obyczajowych, bo te gatunki były tutaj wiodące. 

K.K.

wtorek, 27 maja 2014

"SOSNOWE DZIEDZICTWO" MARIA ULATOWSKA

"Gdzie Noteć wpływa do jeziora Gopło"*

"Sosnowe dziedzictwo" Marii Ulatowskiej to powieść, która teoretycznie powinna mi się spodobać. Ostatnio (nie wiem czym wytłumaczyć to zjawisko) porzuciłam horrory, reportaże i powieści o zombie, na rzecz powieści obyczajowych, rodzinnych sag i sielsko - anielskich opowiastek. Właśnie do dwóch ostatnich zaliczyłabym "Sosnowe dziedzictwo". 

Niezbyt duża objętościowo książeczka (296 stron) opisuje historię Anny Towiańskiej, która stała się szczęśliwą dziedziczką dworku o nazwie Sosnówka, w sennym miasteczku Towiany. I to właśnie najbardziej urzekło mnie w tej książce. Towiany znajdują się bowiem na KUJAWACH, moich ukochanych KUJAWACH! :) Muszę przyznać, że autorka pięknie opisała to miejsce, niczym krainę z marzeń, uroczą, wręcz magiczną. Jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, tak właśnie postrzegam swoje miejsce zamieszkania. Poza tym, to bardzo ciekawe uczucie czytać o miejscach, które się doskonale zna. Akcja książki dzieje się również w Bydgoszczy, autorka ponadto wspomina wiele istniejących miast i miasteczek. To świetne, tym bardziej, że Maria Ulatowska opisała te miejsca w ładny, malowniczy sposób.

Akcja książki rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza jest, rozpoczynająca się w czerwcu 2009 roku historia Anny, która pojawia się w Towianach, jako dziedziczka dworku. Druga zaś ciągnie się od sierpnia 1944 roku. W Warszawie wybucha powstanie, dwoje młodych ludzi zostaje rozstrzelanych przez Niemców, osieracając noworodka - maleńką dziewczynkę. Tutaj rozpoczyna się opowieść o rodzinie Anny, o wszystkich wydarzeniach, które doprowadziły do tego, że w 2009 roku stanęła u bram Sosnówki. 

Przyznaje, że lepiej czytało mi się rozdziały, które działy się w przeszłości. Były po prostu ciekawsze, więcej się działo, interesowały mnie losy bohaterów. Oddaje również Marii Ulatowskiej honor : w jednym akapicie precyzyjnie opisała losy polskich emigrantów,którzy uciekli po wojnie do Stanó Zjednoczonych. W kilku zdaniach w bardzo celny sposób zawarła życie trzech pokoleń. Bolesne, ale jakże prawdziwe. 

Tyle o plusach. 
Jak wspominałam na wstępie, książka mogłaby mi się spodobać. Dlaczego jest inaczej? Otóż główna bohaterka, Anna, nie ma w sobie nic, co mogłoby dłużej zatrzymać przy niej myśli czytelnika. Ona po prostu jest, bo jakiś bohater być musi. Nie przyciąga uwagi, nie fascynuje. W połowie książki stwierdziłam, że Anna guzik mnie właściwie obchodzi, wolę czytać o historii jej rodziny.  
Jest również coś, co niesamowicie mnie irytowało w tej bohaterce. Otóż pani Malinka, prosta kobieta,która zaoferowała jej pomoc przy sprzątaniu, mówiła gwarą popełniając przy tym mnóstwo błędów gramatycznych. Oczywiście Anna - wielka pani polonistka z Warszawy - nagminnie ją poprawiała, irytowała się jej sposobem mówienia, obiecała sobie, ze jeszcze nauczy ją mówić poprawnie. No kurwica mnie bierze,jak coś takiego widzę/słyszę! Prosty lud jest niesłychanie fascynujący i ma w sobie więcej mądrości życiowej niż masa bucowatych pseudointelektualistów, do których należy niestety również Anna. "Prostota nie snobstwo szacunek budzi", cytując Molestę. Wielki minus dla Anny. I dla wszystkich ludzi, którzy myślą podobnie. 
Jedno się jej chwali - kocha zwierzęta. Pies, który przyplątał się pod jej dom, od razu ukradł Annie serce. 

Reszta bohaterów "akcji teraźniejszej" jest równie mdła jak Anna. Znikają po kilku chwilach od odłożenia książki na półkę. Są tak nijacy, przeciętni. Wszyscy tacy sami. 

To również jest minus. Nawet w Wilkowyjach, gdzie wszystko układa się wyśmienicie możemy spotkać takie mendy jak wójt i Czerepach. W Towianach nie. Anna ma taki urok osobisty, że wszyscy chcą jej pomagać, są dla niej mili i uprzejmi. Sami przyjaciele. Ymh. .. Akurat, nie u nas :)

Książka nie jest mega wielką porażką. Rozdziały toczące się w przeszłości są całkiem przyjemnie do przyswojenia, chociaż historia rodziny Anny jest - jakby nie patrzeć - tragiczna. Te właśnie rozdziały sprawiły mi dużą przyjemność. Annę natomiast wywaliłabym z tej książki bez mrugnięcia okiem. Powieść napisana jest łatwym językiem, czytając nie trzeba się właściwie wysilić na odrobinę myślenia, historia sama wchodzi nam do głowy.
Poza tym niewątpliwym plusem lektury, szczególnie dla osób zapracowanych i takich, które nie mają zbyt dużo czasu, jest fakt, że książkę można przeczytać w jedno popołudnie. 

Maria Ulatowska napisała jeszcze dwie powieści, będące kontynuacją "Sosnowego dziedzictwa". Nie wiem, czy chcę je czytać, chociaż leżą na mojej półce. 

PS KUJAWY SĄ PIĘKNE! :)

K.K. 

*28


PS 2 Gorące pozdrowienia dla studenta z wsi spod Mogilna! :)
 Recenzja bierze udział w wyzwaniu :"Polacy nie gęsi"

poniedziałek, 19 maja 2014

"PÓŁ ŻYCIA" JODI PICOULT

Luke Warren jest naukowcem. Zajmuje się badaniem wilków, ich życia, zachowań i funkcjonowania. Również w środowisku naturalnym. Będąc mężem i ojcem decyduje się na wyprawę, która wprawia jego żonę w przerażenie ; zamierza udać się w głąb kanadyjskiego lasu i spróbować dołączyć do watahy. Gdy po dwóch latach z niego wychodzi, zostaje bohaterem, celebrytą i gwiazdą mediów. Wszyscy widzą w nim nieustraszonego naukowca, któremu udało się ujarzmić dzikie zwierzęta. Zupełnie inaczej sprawę postrzega jego żona. To ona widzi, jak Luke budzi się przerażony w nocy, jak kieruje się instynktem bardziej niż uczuciami, jak jego pasja wpływa na rozkład ich rodzinnego życia. 
Osiemnastoletni syn Luke'a, Edward, wyjeżdża do Tajlandii, zostawiając tylko krótki list pożegnalny dla matki. Wkrótce Luke'a zostawia również żona, Georgia. Jedyną członkinią rodziny, która rozumie i podziela jego miłość do wilków jest nastoletnia córka, Cara. 

Książka rozpoczyna się w momencie, gdy Luke i Cara mają wypadek samochodowy. Ona ląduje w szpitalu z złamanym barkiem i kilkoma innymi obrażeniami, on trafia na OIOM. Lekarze określają stan Luke'a jako wegetatywny. Była żona nie może decydować o jego zdrowiu, córka jest niepełnoletnia. Do domu musi wrócić Edward, który opuścił Amerykę po nieprzyjemnym incydencie z ojcem. 

Historia rodziny Warren'ów jest opowiadana z perspektywy każdego z jej członków (głos zabierają również osoby postronne, ale głównymi narratorami są Warrenowie).  Przemawia nawet Luke, przykuty do szpitalnego łóżka. Jego rozdziały poświęcone są wilkom, wspomnieniom z czasów, gdy przebywał z nimi w ich  naturalnym środowisku, gdzie dawał się gryźć, marzł i chorował, by w końcu przyjęły go do stada. 
Muszę przyznać, że historia opowiadana z perspektywy Luke'a była dla mnie najbardziej interesująca, jego opowieści o wilkach pochłonęły mnie bez reszty. To fascynujące stworzenia. Pochłonęła mnie jego pasja, zaczęłam go podziwiać. Zupełnie tak, jak ludzie, którzy znali go jedynie z przekazów medialnych.

Między Carą i Edwardem zaczyna się walka o możliwość decydowania o losach ojca. Syn chciałby zakończyć jego wegetację zgodnie z wolą, którą Luke wyraził gdy Edward miał 15 lat oraz pozwolić na transplantację jego narządów (o woli Luka ma świadczyć znaczek wydrukowany na prawie jazdy). Córka nie może tego zaakceptować. Zaczyna walczyć o możliwość decydowania o losie ojca, mimo iż jest niepełnoletnia. Jej zdaniem Luke cenił życie tak bardzo, że nigdy by się nie poddał. Cara jest zrozpaczona,chce dać ojcu szansę. Mówi o rozwoju medycyny, o przypadkach, gdy ludzie budzili się ze śpiączki.

Książka podejmuje ważne tematy. Stanowi świetny portret rozpadającej się rodziny, której członkowie mieli zupełnie inne priorytety, bardzo się od siebie różnili. Nie skreśla jednak uczuć kłębiących się w ich głowach, przywiązania, wspomnień i poczucia przynależności. Ponadto podejmuje z czytelnikiem polemikę: co Ty byś zrobił? Jaki jest Twój stosunek do eutanazji,  sztucznego podtrzymywania przy życiu, transplantacji narządów? 
Ponadto poprzez postać Georgie, byłej żony Luka pokazuje dylemat matki. Po stronie którego dziecka stanąć? Jak pokazać im, że kocha się oboje tak samo? I co zrobić, gdy w grę wchodzą również dzieci z nowego małżeństwa?

Jodi Picoult pokazuje, jak wielki wpływ na życie człowieka mają wydarzenia z przeszłości, nie tylko te traumatyczne, również miłe i przyjemne. Jak rodzeństwo,mimo wielu nieporozumień i pozornej nienawiści może złapać się za rękę i przejść przez trudne wydarzenia razem.

Jak przyznaje sama autorka, postać Luke'a Warrena została zainspirowana prawdziwym badaczem wilków, który spędził dwa lata w lasach Dakoty Północnej, gdzie udało mu się dołączyć do watahy. Pierwowzór Luke'a nazywa się SHAUN ELLIS i wygląda tak: 




Jeżeli zainteresowała Was ta nietuzinkowa postać, możecie zajrzeć do książki wydanej w Polsce, w której Ellis opowiada o swojej niezwykłej pasji i dokonaniach. 
Okładka wygląda tak:
O książce możecie przeczytać TUTAJ

A po wpisaniu jego nazwiska na youtube odnajdziecie masę filmików i wywiadów.


Pisząc ten tekst i przeglądając m. in. notkę o autorce, zauważyłam, że Jodi Picoult ma dzisiaj urodziny! 

STO LAT JODI !!!


Rekapitulując, "Pół życia" to kawał świetnej powieści obyczajowej. Polecam każdemu miłośnikowi gatunku. 

K.K.

piątek, 16 maja 2014

"MORELOWY SAD" AMANDA COPLIN

Amanda Coplin
Morelowy Sad
Black Publishing
liczba stron : 488
Wołowiec 2014
Dwie nastoletnie dziewczyny, obie brzemienne, uciekają od stręczyciela, który zamienił ich życie w piekło. Spokój znajdują na ziemi Williama Talmadge'a, sadownika, wiodącego samotne życie wśród owocowych drzew. Tak mniej więcej rozpoczyna się kolejna książka z serii kaszmirowej wydawnictwa Black Publishing, którą ostatnio miałam przyjemność przeczytać.

Gdy William Talmadge był małym chłopcem, jego ojciec zginął w kopalni. Matka, właściwie nie podając powodu, wyrusza wraz z nim i jego siostrą Elsbeth w długą podróż. Po wielu dniach - głównie wyczerpującego marszu - trafiają do doliny. Jest 1857 rok. 
Początkowo nie było tam praktycznie nic - dwie marne jabłonki i chata, która stała się ich domem. Z czasem Talmadge, jego matka i siostra odnaleźli w dolinie spokój. Zaczęli uprawiać warzywa, poczuli się jak u siebie. Rodzinna sielanka nie trwała jednak długo. Po niespełna trzech latach matka Williama zmarła na płuca. "Jesienią 1864 roku Talmadge zachorował na ospę i omal nie umarł [...] w 1865 roku, Elsbeth  poszła do lasu za polem nazbierać ziół i nie wróciła*". Talmadge nie dowiedział się, co stało się z siostrą. Jej zniknięcie rzuciło się jednak długim cieniem na reszte jego życia. Od tego momentu William samotnie uprawiał swoje drzewa, pielęgnując je i zatracając się zupełnie w swojej pasji. 

Życie Tamladge'a zmieniło się w momencie, gdy pojawiły się w nim dwie nastolatki. Obie brudne, przestraszone, nieufne jak dzikie zwierzęta. Nie zbliżały się do niego. Nocowały na drzewach, w trawie. On natomiast zaakceptował ich obecność na swojej ziemi. Chciał im pomóc. Wystawiał na ganek jedzenie, po które przychodziły, zachowując powściągliwość i unikając zbędnego kontaktu. Między mężczyzną i dziewczynami zrodziła się więź, której nie można określić jednym słowem. Zaufanie? Przyzwyczajenie? Względne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji? Nie wiem. Chociaż prawie ze sobą nie rozmawiają, przyzwyczajają się do swojej obecności. On akceptuje Dellę i Jane, one próbują przywyknąć do niego. Pewne jest to, że pojawienie się dziewczyn sprawi, iż życie Talmadge'a obierze zupełnie inny kierunek.


"Morelowy Sad" to debiut Amandy Coplin. Urodzona w 1980 roku autorka stworzyła dojrzałą, zaplanowaną w najmniejszym szczególe i dokładnie przemyślaną powieść. 

Drodzy czytelniczy, niech nie zwiedzie Was urocza, sielska okładka, nasycona ciepłymi barwami. Książka nie jest kolejną opowieścią o tym, że zagubione duszyczki - w tym przypadku nastolatki Jane i Della - odnajdują radość i harmonię wśród idyllicznego, kojącego krajobrazu, gdzieś w  dolinie. Nic z tych rzeczy. Historia jest o wiele bardziej skomplikowana i wsiąka w najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy, w których strach przegrywa z potrzebą istnienia a miłość budzi się jako maleńki płomyk, by osiągnąć rozmiar olbrzymiego ogniska.  

Amanda Copiln stworzyła książkę, która niesie ze sobą olbrzymi ładunek emocjonalny, chociaż napisana jest dość powściągliwie i bez zbędnego patosu. Losy bohaterów powieści oraz oni sami dysponują całą gamą uczuć, od tych najgłębszych i najpiękniejszych po trudne, które ciężko przyswoić. Amanda Coplin stawia tezę, że czas nie leczy ran, tylko przyzwyczaja do bólu. Jej bohaterowie próbują z nim żyć, zagłuszyć go lub zastąpić innym uczuciem. Pragnieniem zemsty albo bezinteresowną, gorącą miłością. W powieści przeszłość odgrywa olbrzymią rolę, kształtuje bohaterów, którzy nie mogą się od niej uwolnić. Wraca do nich po latach z wielką siłą, z którą nie umieją walczyć. Muszą się poddać, zrobić to, co do nich należy. 

To opowieść o poświęceniu i całkowitemu oddaniu się komuś innemu, o tym, że praca, trud i wysiłek nie idą na marne. A przede wszystkim, "Morelowy Sad" to opowieść o przywiązaniu, tak ogromnym, że przetrwa każdą przeciwność losu. 

Gorąco polecam. Znakomita książka! 

K.K.

* s. 21

Za książkę dziękuję mojemu kochanemu mężowi! 

czwartek, 8 maja 2014

"STO IMION" CECELIA AHERN

"I o tym właśnie powinniśmy pisać. O anonimowych bohaterach*"

Cecelia Ahern to irlandzka pisarka, którą większość czytelników zna jako autorkę bestsellera "PS Kocham Cię". Ja do fanek książki nie należę z bardzo prostego powodu - nie czytałam jej. Oglądałam natomiast film na podstawie powieści. Nie o tym jednak chciałam pisać :)

Muszę przyznać, że fabuła "Stu imion" jest całkiem intrygująca. Kitty Logan poznajemy w trudnym dla niej okresie. Dziennikarka doznaje samych porażek, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. Oskarżając na antenie pewnego człowieka o potworności, których nie zrobił, skazała się na potępienie mediów, zawieszenie w obowiązkach służbowych i porażkę w sądzie kosztującą stację telewizyjną setki tysięcy euro. Facet ją zostawia, matka uważa, że przyniosła wstyd rodzinie. A najgorsze jest to, że umiera Constance  jej przyjaciółka i mentorka, redaktor naczelna pisma, w którym pracuje Kitty. Bohaterce wszystko się wali, jej świat jest w rozsypce. Dostaje jednak pewną szansę - ma napisać artykuł, nad którym pracowała Constance. Nie będzie to jednak łatwe zadanie, bo jedyną podpowiedzią jaką otrzymuje, jest lista stu nieznanych nikomu osób. Czas goni, materiał ma ukazać się w numerze czasopisma poświęconemu zmarłej naczelnej, Kitty zaś nie wie, co łączy wszystkich ludzi z listy. Nie ma pojęcia gdzie mieszkają ani jak się z nimi skontaktować. Czas zaczyna uciekać...

Kitty jest moim zdaniem postacią bezbarwną i nieciekawą. Jej wątek - chociaż główny - interesował mnie najmniej ze wszystkich. Chciałam raczej dowiedzieć się, co kryją w sobie osoby z listy Constance, jak wygląda ich życie, jakie mają tajemnice. Kitty odnajduje sześć z stu osób. Każda z nich jest na swój sposób ciekawa, każda ma swoją historię, o każdej warto mówić. 

"Sto imion" odebrałam bardzo pozytywnie. Książka ma dość prosty przekaz, chociaż bardzo trafny i prawdziwy. Ostatnio powodem do refleksji i kilku dyskusji stał się dla mnie osobnik o wdzięcznym pseudonimie Trybson, który pojawił się w programie Kuby Wojewódzkiego. Gość "zabłysnął" w reality show, który opierał się na seksie, alkoholu i imprezach. To skłania do zadumy i w sumie jest bardzo mocno związane z tematyką książki Cecelii Ahern. 

Przecież współczesne media osiągnęły kompletne dno! W telewizji promuje się tego typu gości, w talk show dziewczyny opowiadają o tym, jak straciły cnotę a najbardziej poczytnymi dziennikami w kraju są gazety, gdzie nagłówki brzmią :"Krwiożercza lampka nocna ugryzła mnie w dupę!". Promuje się ludzi, którzy nie reprezentują żadnych wartości, są nijacy, mdli, zupełnie niepotrzebni w mediach. O tym również - chociaż pośrednio - jest ta książka. Constance dostrzegła, że wśród nas pełno jest bohaterów, którzy w swoim zwykłym życiu robią rzeczy niezwykłe. Córka, opiekująca się matką po wylewie, jednocześnie dającą radość kobietom w szpitalach, robiąc im fryzury i makijaże. Jędrek Wysocki (Polak!), przyleciał do Irlandii szukać szczęścia, jednak po kilku latach stracił pracę. Teraz  ma zamiar pobić z przyjacielem rekord Guinnessa. Archie o trudnej przeszłości, próbujący znaleźć nowy sens życia.  I jeszcze inni... 

Rapował o tym Eldo, w świetnym kawałku "Miasto gwiazd" : 

"Łobuziaki, które miały siłę poukładać i ogarnąć się
Gdy nowe życie się pojawia
Kobieta, która sama z wszystkim się zmaga
To zbyt zwykłe by bić dla niej brawa
Gwiazdy, nie zobaczysz ich w reklamach
Ich czerwony dywan często jest w plamach
Bez sztucznego śmiechu i udawanego płaczu
Akcja, ale bez kamery i make-up'u". 


Książka - również pośrednio dotyka innego problemu współczesnego świata. Wszechobecny konsumpcjonizm, pogoń za sukcesem, sprzedawanie znajomych dla osiągnięcia własnych korzyści (Ci, którzy przeczytali książkę, będą wiedzieli co mam na myśli, pisząc "Richie"). Wyścigi z czasem, ciągła gonitwa za zyskiem, dążenie do celu po trupach. Świat jest chory, świat oszalał. 
"Jednak tam, gdzie w grę wchodzą ludzie, czasem praca musi przestać być pracą i musi zwyciężyć czynnik ludzi**". 

Wracając do tematu: książkę polecam wszystkim, lubiącym powieści obyczajowe z nutką romantyzmu. Powieść czyta się łatwo, lektura jest dość przyjemna, nie obraża inteligencji czytelnika, raczej wzbudza ciekawość. Nie jest to oczywiście arcydzieło, ale można spędzić z tą książką miłe popołudnie. 
Ahern mówi wprost, że najciekawsze jest to, co prawdziwe. Poza tym przemyca między wersami całkiem ważne rzeczy. Nie są to może intelektualne wywody o tym, jak bardzo zgłupiało społeczeństwo, ale uważny czytelnik wywnioskuje, co pisarka miała na myśli. 

Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba czytając tę książkę uświadomi sobie, że kreowane na potrzeby mediów wizerunki celebrytów, nierealne i pozbawione jakiejkolwiek prawdy, ślepo kopiowane przez masy, naśladowane i wychwalone pod niebiosa, zacierają obraz tego, co najważniejsze. Zwykłego człowieka, który stoi obok nas. 

K.K. 


*s. 438
**s. 215

wtorek, 6 maja 2014

"SZEPTUCHA" IWONA MENZEL

"Na Podlasiu co krok napotyka się jakiś fascynujący temat. Najciekawszy region w Polsce, wielokulturowy, wieloreligijny. Żyją tu Białorusini, Litwini, Ukraińcy, Romowie i Tatarzy, katolicy, prawosławni, muzułmanie, unici. [...] Tutaj przeszłość miesza się z teraźniejszością, a magia z religią.*"
Podlasie ma w sobie to "coś". Coś dziwnego, czego nie można dokładnie opisać i ubrać w słowa. Jakąś tajemnicę. Coś nieodgadnionego, rzekłabym, że magicznego.  Nie jest to tylko dobra, czysta magia. To również czary, w których czai się zło. Duchy, gusła, uroki i klątwy.

Olesia od zawsze mieszka w Waniuszkach, "zagubionych wśród nadbiebrzańskich bagien**", gdzie "życie wciąż opiera się na niewzruszonym fundamencie zasad, tradycji i Słowa Bożego***". Nie ma rodziców, wychowuje ją babcia, która jest miejscową szeptuchą. Wymówicie sobie na głos to słowo. Czujecie? 
Cóż, wracam do sedna. Dziewczyna chce wyrwać się z zacofanej wsi, marzy o studiowaniu medycyny. Pewnie miałaby szansę zostać lekarką, gdyby nie śmierć babci, która zupełnie zmienia plany Oleny. Chce czy nie, dziewczyna musi zastąpić seniorkę i stać się szeptuchą. Jej dość spokojne życie w Waniuszkach zakłóca pewien słynny reżyser, Alek Litwin, który fascynuje się Podlasiem. Zamierza nakręcić dokument o tajemniczym pustelniku, który żył na uroczysku Łojmy. W okolicach jego chałupy do drzew poprzybijał setki lalek, które tworzą dość makabryczny widok. Sam Alek zaś staje się przyjacielem Oleny, powiernikiem jej smutków i towarzyszem rozmów ( i nie tylko!). 

Od razu podkreślę, że "Szeptucha" zawiedzie wszystkich, którzy spodziewają się książki o miłości nad rozlewiskiem, porywach serca i sielsko - anielskich losach bohaterów, którzy w Waniuszkach odnajdują swoje miejsce na ziemi. Nic z tych rzeczy! Owszem, wątek miłosny jest - ale nie są to patetyczne, wyniosłe sceny, raczej tęsknota za bliskością, rozmową, przyjaźnią.
Iwona Menzel napisała książkę dla czytelników, którzy są nieco bardziej wymagający. Przedstawia Waniuszki jako wieś "gdzie wszystko ma swój ład, ludzie czynią, co do nich należy, każdy wie, gdzie jest jego miejsce****". Nie omieszka jednak dodać, że Waniuszki nie są osadą odciętą od świata wysokim murem i nowoczesność - w postaci anten satelitarnych, mleka w kartonie prosto z marketu i laptopa w chacie szeptuchy - zaczyna wkradać się do wsi coraz brutalniej. 

Autorka zgrabnie nakreśliła kontrast między prawdziwą wsią, gdzie pot, gnój i znój są na porządku dziennym, a jej sielankowym wyobrażeniem, malującym się w głowach turystów odwiedzających lokalne gospodarstwa agroturystyczne. Te z kolei prowadzone są - o zgrozo!- nie przez rodowitych mieszkańców Podlasia, lecz przez mieszczuchów, którzy wiedzą, jaka wieś się sprzeda. Oczywiście Iwona Menzel nie popada w skrajności.  Wieś w jej powieści ma różne oblicza.

Pisarka stworzyła wielowątkową i bardzo ciekawą powieść. Miałam wrażenie, że historia Olesi jest nijako pretekstem do przedstawienia wielu opowieści i sięganiu wgłąb historii. Iwona Menzel cofa się w czasie, przytacza historię domu który straszy oraz rodziny rządzącej przed wojną ziemią na której leżą Waniuszki. Język, którym posługuje się autorka jest niezwykle bogaty, w dialogi wplatana jest zręcznie podlaska gwara. Czyni to książkę jeszcze bardziej prawdziwą i ujmującą. 

Muszę przyznać, że "Szeptucha" zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Nie będę jej polecała osobom, które czytają książki jedynie dla rozrywki. To dojrzała, dość trudna powieść. Nie brakuje tu okropieństw, śmierci i strachu. Tych natomiast, których fascynuje niezwykłe Podlasie, tak różnorodne, że  aż  magiczne - bardzo serdecznie zachęcam do przeczytania.  

K.K.

*151
** okładka
*** okładka
****okładka

            Za możliwość przeczytania tej wspaniałej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG                            Recenzja bierze udział w wyzwaniu :"Polacy nie gęsi"

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"MIŁOŚĆ W BURZANACH" KATARZYNA ARCHIMOWICZ

Greta Marecka wiedzie spokojne, poukładane życie. Ma męża żołnierza, mieszkanie na kredyt, pracuje jako analityk w banku. Ot, przeciętna egzystencja. 
Aby naładować akumulatory i odpocząć po trudach życia w Warszawie, Greta ucieka na wieś do tytułowych Burzan. Tam, wśród zapachów skrywanych w sienniku spędza leniwie czas w rodzinnym dworku u swojego ukochanego stryja Michała, lokalnego proboszcza. 

Tym razem Mareccy przyjeżdżają w odwiedziny do Michała, ponieważ liczą na to, że w sielankowym otoczeniu uda im się poukładać małżeńskie sprawy, dojść do porozumienia w ważnych dla związku kwestiach. Greta czuje, że jej małżeństwo jest zagrożone, że oddalają się od siebie z Grzegorzem. Różnica poglądów w kwestiach priorytetowych sprawia, że małżonkowie nie potrafią się porozumieć. Grzegorz chciałby mieć dziecko, Greta nadal nie jest na to gotowa. 
Wizyta u księdza ma jednak skutek odwrotny od zamierzonego. Kryzys małżeński Mareckich jeszcze się pogłębia. Dochodzi między nimi do ostrej sprzeczki. Greta dowiaduje się, że mąż zamierza wyjechać na misję do Afganistanu. Zaplanował już wyjazd, chociaż ona była temu przeciwna. To dla niej olbrzymi cios, kobieta czuje się rozżalona i zdradzona. I właśnie w tym momencie w okolicy pojawia się tajemniczy mężczyzna. 

Oleg Hawryło już od początku wzbudza niepokój wśród mieszkańców Burzan. Jest inny, nieznany, tajemniczy. Kupuje stary, zrujnowany dworek w Ordach i zaczyna inwestować w remont ruiny olbrzymie pieniądze. Oczywiście staje się głównym tematem plotek w Burzanach i okolicach. Każdy mieszkaniec zastanawia się, cóż takiego sprowadziło Olega na Polesie i jakie niecne zamiary ma nieznany przybysz...

Muszę przyznać, że Katarzyna Archimowicz zrobiła na mnie duże wrażenie swoją debiutancką powieścią. Miałam obawy, że książka okaże się zwykłym romansidłem, banalną opowiastką o miłości. Pomyliłam się. Co prawda tematyka "Miłości w Burzanach" wpisuje się w awanturniczo - miłosny charakter gatunku, jednak nie jest powieścią jednowątkową. Wydaje mi się, że debiutująca pisarka wykonała kawał dobrej roboty, przeplatające ze sobą wiele zagadnień i prowadząc kilka motywów, które doskonale ze sobą współgrają, tworząc cudowną historię.

W książce szczególnie ujął mnie sposób w jaki autorka sportretowała mieszkańców Burzan. To istny koncert osobowości, pokaz barwnych postaci! Ksiądz Michał - choleryk o złotym sercu i umiejętnościach kulinarnych, Nawrocki wraz z swoją żoną, zielarka Helena, Chaliba opłakujący Opora czy Danił, na którego talencie przez długi czas nikt się nie poznał. Archimowicz doskonale przedstawiła burzańską społeczność. Bezbłędnie oddała charakter małej miejscowości oraz mentalność mieszkańców polskiej wsi. Uczyniła to w niezwykle atrakcyjny sposób. Jej bohaterowie są wyraziści, każdy z nich jest inny, wszyscy natomiast są równie interesującymi postaciami. Mnie szczególnie przypadł do gustu stryj Grety, ksiądz Michał. Myślę, że przypominał mi nieco proboszcza z serii "U Pana Boga..." Jacka Bromskiego. 

Powiem szczerze, że nie polubiłam głównego bohatera książki - Olega. Być może dlatego, że Ukrainiec w żadnym aspekcie nie wpisuje się w mój ideał mężczyzny. Katarzyna Archimowicz opisała faceta, który w realnym życiu nie przypadłby mi do gustu. Fascynacja Grety była więc dla mnie nieco irracjonalna. Cóż, są gusta i guściki i tego trzymałam się czytając książkę. 

Niemym bohaterem powieści jest bajkowe, niemal zaczarowane Polesie. Autorka pięknie opisuje nadbużańską krainę, nadaje jest wręcz feeryczny charakter. Malownicze, sugestywne opisy przyrody poruszały wszystkie moje zmysły. Czułam zapach ziół wydobywający się z sienników, smaki przyrządzanych przez księdza Michała potraw, moja skóra robiła się gorąca od promieni lipcowego słońca, które ogrzewało Gretę malującą swoje pejzaże. Dawno nie czytałam tak sensualnych opisów. 
Katarzyna Archimowicz dokonała rzeczy niezwykłej. Czytając książkę, kompletnie zatraciłam się w opowieści o nieskalanych czasem Burzanach, gdzie "katolicyzm, prawosławie i gusła"* spotykają się ze sobą. Tutaj czas się zatrzymał a pory roku wyznaczają rytm życia. 

Jestem wieśniakiem. Od urodzenia. Nie wyobrażam sobie egzystencji w dużym mieście. Burzany wydają mi się natomiast idealnym miejscem na spędzenie leniwego popołudnia ... albo całego życia :) Jestem bardzo szczęśliwa, mogąc czytać książki, które wychwalają piękno polskiej wsi, dlatego też "Miłością w Burzanach" jestem totalnie oczarowana. 

K.K.

*s. 100


Za możliwość przeczytania książki i przeniesienia się na bajkowe Polesie bardzo dziękuję  Wydawnictwu Black Publishing

                                              Recenzja bierze udział w wyzwaniu :"Polacy nie gęsi"

czwartek, 24 kwietnia 2014

"SEKRETNE ŻYCIE CEECEE WILKES" DIANE CHAMBERLAIN

"Sekretne życie CeeCee Wilkers" wpadło mi w ręce przypadkiem, gdy kolejny raz buszowałam między półkami swojej ulubionej biblioteki
Opis na tylnej okładce był dość ciekawy. Jest rok 1977. Ciężarna Genevieve Russell została porwana. Dwadzieścia lat później policja odnajduje jej szczątki a jeden z porywczy, Tim Gleason zostaje oskarżony o zabójstwo. Grozi mu kara śmierci. Nie ma jednak śladu po dziecku, które nosiła Genevieve. CeeCee Wilkers wie, co działo się w 1977 roku. Zna okoliczności śmierci kobiety, posiada również informację na temat tego, co stało się z dzieckiem. Przed CeeCee pojawia się dylemat moralny : może powiedzieć prawdę, co zniszczy jej rodzinę i całe dotychczasowe życie. Może również milczeć. Druga opcja stanie się przyczyną śmierci niewinnego człowieka. 

W 1977 roku CeeCee Wilkes była zaledwie szesnastoletnią dziewczyną. Mimo tak młodego wieku o głośniej sprawie porwania Pani Russell wie bardzo dużo. Być może za dużo. 

Autorka bardzo zgrabnie poprowadziła wszystkie zawarte w książce wątki. Czytając powieść miałam raz po raz wrażenie, że już wszystko wiem, że nic więcej nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Diane Chamberlain skutecznie usypiała moją czujność, by po kilkunastu stronach wprawić mnie w osłupienie. Autorka nie oszczędza czytelnika, akcja jest płynna, praktycznie cały czas dowiadujemy się czegoś nowego, coś się komplikuje, sprawy wymykają się spod kontroli. Dostarcza to sporej dawki najróżniejszych emocji - od współczucia i żalu, przez strach, po radość i wzruszenie. 

CeeCee Wilkers jest moim zdaniem świetnie napisaną postacią. Diane Chemberlain stworzyła prawdziwą dziewczynę - pełną wątpliwości, rozterek, kochającą do szaleństwa i odważną do granic. Mającą swoje wady, bardzo naiwną i łatwowierną.  
Autorka pozwala czytelnikowi dorastać z CeeCee, być z nią, kiedy jest nastoletnią dziewczynką i podróżować przez jej życie. To dlatego czytając książkę czuje się wielki związek z tą postacią, utożsamia się z nią, ma się wrażenie, że jej emocje są naszymi emocjami a rozterki, które nią targają, wpływają również na nas. 

Książka porusza również ważny - moim zdaniem - wątek społeczny.  Diane Chemberlain prowadzi polemikę na temat kary śmierci za pomocą stworzonych przez siebie bohaterów. Ich poglądy, ukształtowane przez wydarzenia z życia pozwalają spojrzeć na temat szerzej, z perspektywy winnego, pokrzywdzonego oraz niesłusznie oskarżonego. Pojawiają się wątki etyczne i dylematy moralne. Przez usta swoich bohaterów autorka zadaje czytelnikowi pytanie: czy kara śmierci jest sprawiedliwa? 

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Diane Chamberlain, ale jestem pewna, że jeszcze do niej wrócę. Książkę polecam szczególnie fanom dobrych obyczajówek. Będziecie zachwyceni!

K.K. 

PS Zając przyniósł mi na Wielkanoc najnowszą książkę Diane : "W słusznej sprawie". Poza tym, poszukałam w internecie informacji o autorce i jej książkach wydanych w Polsce. Muszę przyznać, że okładki wydawnictwa Prószyński i S-ka, utrzymane w tej samej konwencji, z charakterystyczną czcionką robią bardzo dobre wrażenie. Na każdej z nich widzimy kobietę lub dziewczynkę, stojącą tyłem do czytelnika. Mają w sobie coś tajemniczego, nieuchwytnego, wzbudzającego ciekawość. Oprócz "Sekretnego życia CeeCee Wilkes" - okładkę widzicie u góry - reszta książek prezentuje się tak:


Piękne, prawda? Już teraz mam na wszystkie wielką ochotę :)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...